Drony w armii coraz blizej

Latem tego roku amerykańska marynarka wojenna zamierza po raz pierwszy sprawdzić w praktyce pomysł, który może całkowicie zmienić oblicze współczesnych konfliktów zbrojnych. Będący do tej pory w fazie wstępnych testów projekt opatrzony jest wymownym akronimem LOCUST, czyli „Szarańcza”.

W 2012 roku zespół analityków jednej z uczelni US Navy postanowił wziąć pod lupę scenariusz starcia grupy małych dronów kamikaze z niszczycielem. Badana sytuacja zakładała jednoczesny atak 5-10 bezzałogowców z różnych kierunków. Wnioski wysnute po przeprowadzeniu kilkuset symulacji nie napawały optymizmem.

Okazało się, że na osiem atakujących niszczyciel statków powietrznych, średnio 3,82 dochodziło do celu. Używany na amerykańskich okrętach system obrony powietrznej AEGIS okazał się być bezużyteczny, bo małe drony mają niewielką sygnaturę radarową i gdy zostają zauważone, są już zbyt blisko jednostki, by zestrzelić je pociskami rakietowymi. Ostatnią deską ratunku pozostaje tzw. CIWS, czyli system artyleryjski obrony bezpośredniej, złożony z szybkostrzelnych działek kalibru 20 mm. Ale przy mknących 250 kilometrów na godzinę bezzałogowcach czasu na ocenę zagrożenia i reakcję – licząc od momentu ich wykrycia – jest bardzo mało, bo zaledwie 15 sekund

 

Powyższy eksperyment analityków US Navy, opisany przez branżowy portal Defense Tech, miał na celu wskazanie rozwiązań, które wzmocniłyby ochronę jednostek marynarki przed zagrożeniami podobnego rodzaju. Lecz jednocześnie pokazał, że zespół uderzeniowy złożony z chmary niewielkich samolotów może być bronią niezwykle groźną i skuteczną, a przy tym bardzo efektywną kosztowo, bo trudniejszą do obrony i tańszą niż tradycyjne pociski przeciwkokrętowe,

„Szarańcza” na start

Właśnie idea stworzenia takiej broni przyświeca prowadzonemu przez marynarkę wojenną USA programowi LOCUST (Low-Cost UAV Swarming Technology – w wolnym tłumaczeniu „technologia roju tanich bezzałogowych statków powietrznych”). Akronim projektu nie został dobrany przypadkowo, bo w języku angielskim oznacza „szarańczę”. Roje dronów mają działać na podobnej zasadzie, przemieszczając się stadami i siejąc spustoszenie w szeregach przeciwnikach.

Rok 2016 ma być dla projektu LOCUST kamieniem milowym, bo latem US Navy zamierza przeprowadzić próbę lotu roju złożonego z 30 bezzałogowców. Kluczowym wyzwaniem będzie skoordynowanie dronów, by działały zespołowo. – Rój operuje jako jedna całość. Ma misję do wykonania i sam rekonfiguruje się w taki sposób, że gdy jeden dron zostaje wyeliminowany, pozostałe autonomicznie zmieniają swoje zachowanie, by zrealizować zadanie – wyjaśnia cytowany przez amerykański magazyn „Wired” Stephen Crampton ze Swarm Systems, brytyjskiej firmy prowadzącej pracę nad analogiczną technologią.

Nad całym rojem ma czuwać tylko jeden operator i być może interakcja między człowiekiem a maszynami będzie ograniczona do minimum. Magazyn „The Diplomat” wskazywał, że wojskowi inżynierzy szukają inspiracji w rozwiązaniach istniejących w naturze, a dokładnie sposobie zachowania termitów. Te żyjące w koloniach owady wyczuwają zmiany środowiskowe zachodzące wokół nich i bez komunikowania się między sobą instynktownie wiedzą, jak się zachować.

Tak czy inaczej, drony w armii będą mogły elastycznie wymieniać się danymi i zadaniami między sobą. Przykładowo, przed właściwym atakiem jeden bezzałogowiec będzie mógł oddzielić się od grupy, by najpierw dokonać zwiadu. Rój może też podzielić się na kilka mniejszych grup z odrębnymi zadaniami, po wykonaniu których na nowo połączą się w jedną całość. Jak widać więc, w technologii tej kryje się ogromny potencjał, co nie uszło uwadze wojskowym planistom.

Trudny cel

Przewaga roju dronów nie polega jedynie na niezwykłej elastyczności i niskich kosztach. Wbrew pozorom, przed chmarą niewielkich pojazdów trudniej jest się obronić. Obecne systemy obrony powietrznej przeważnie były projektowane do zwalczania najwyżej kilku celów jednocześnie. Przy chmarze złożonej z kilkudziesięciu, a w przyszłości może i kilkuset obiektów, współczesnym bateriom przeciwlotniczym szybko skończyłyby się rakiety.

Naturalnie wykorzystywane bezzałogowce mogą być zbyt małe, żeby np. zatopić duży okręt przeciwnika – zwraca uwagę „Wired”. Ale mogą wystarczyć do wyeliminowania jego kluczowych systemów, jak wyrzutnie pocisków, radar czy napęd. Ich rola nie musi ograniczać się jedynie do zadań ofensywnych. Rój dronów może zgrupować się wokół własnych okrętów, tworząc coś w rodzaju kordonu chroniącego je przed jednostkami przeciwnika.

Inżynierowie wybiegają jeszcze dalej w przyszłość i zakładają możliwość stworzenia swoistych stacji dokujących, gdzie drony w armii mogłyby na zmianę ładować swoje baterie czy uzupełniać paliwo i uzbrojenie. Dzięki takiemu rozwiązaniu rój mógłby prowadzić walkę praktycznie nieprzerwanie. Odpowiedzialna za opracowywanie nowych technologii dla amerykańskiego wojska agencja DARPA już prowadzi prace nad projektem, który media okrzyknęły mianem „latającego lotniskowca”.

Share
 
drony w armii
Źródło: wiadomosci.wp.pl

 

Shares
Share This